„Jak Spier…ć sobie urlop…”

czyli pierwszy w Polsce gravelowy ultramaraton wzdłuż rzeki Wisły, bez wsparcia z zewnątrz, od źródeł pod Baranią Górą do ujścia w Gdańsku

„WISŁA 1200”

Z każdej wyprawy rowerowej zawsze piszę relację, aby kiedyś móc do tego wrócić powspominać lub podzielić się wrażeniami ze znajomi. Teraz mam dylemat. Nie wiem jak to napisać, jak zacząć, jakich dobrać słów, żeby móc przekazać to co było dane mi przeżyć. Każdy kto to przeczyta nie do końca będzie mógł poczuć klimat panujący na trasie, bo jeżeli nie przejedzie tej trasy nie będzie wiedział o czym piszę. Gdybym nie przejechał trasy to wynik Zbigniewa Mossoczego 62:13:00 przyjąłbym normalnie jako dobry wynik ultramaratończyka. Ale ja tą trasę przejechałem i wiem co nas i jego spotkało. Ten wynik na tej trasie można uznać jako kosmos i przed tym Panem można tylko pochylić nisko czoła.

Ale po kolei…..

Jak pojawiła się informacja o tej imprezie z zaciekawieniem przeczytałem i powiedziałem sobie – NIE DLA MNIE. Podzieliłem się informacjami ze znajomymi i większość napisała to co ja – Nie dla mnie. Jeden tylko kolega rzucił od razu hasło – Krzychu czekam na relację, co skwitowałem uśmiechem. Myśl o maratonie nie dawała mi spokoju. w głowie rodził się plan, wizja, ja go już jechałem…

Pomysł podchwycił Marcin i już nas było dwóch. Po drodze w którym momencie podzieliłem się pomysłem z innym Marcinem i on również zaakceptował pomysł. Czyli już nas jest trzech. W grupie siła – z tym mottem zaczęliśmy przygotowania.

W międzyczasie ustaliliśmy wspólny plan i cel na ten maraton. Cel był jeden – zmieścić się w limicie 200 godzin (8dni i 8 godzin), który został narzucony przez organizatora. Zaczęliśmy planować. Dziesiątki razy prześledziliśmy trasę, która była z góry ustalona i każdy miał przejechać ją dokładnie po tym samym śladzie. Zrobiliśmy wirtualne zaplecze logistyczne, które pomoże nam na trasie. Przed rozpoczęciem maratonu nikt nie mógł mieć zarezerwowanych noclegów, nie mógł korzystać z pomocy z zewnątrz, czyli pojedziemy zupełnie inny maraton niż praktykowałem dotychczas. Ustaliliśmy plan min: jedziemy codziennie 200 km i do Gdańska docieramy w sześć dni. Plan max zakładał zmieścić się w limicie.

Zakładaliśmy że zima i wiosna to okres w którym zbudujemy formę. W moim wypadku wyglądało to tak, że w lutym chodziłem na speening, który bardzo dużo mi dał, a od marca zaczęliśmy jeździ, choć tych jazd nie było za dużo. Pod koniec kwietnia wybraliśmy się z Marcinem na Ankę i to była pierwsza 200 – tka. W maju wszystko się posypało – kontuzja kręgosłupa i już myślałem o odpuszczeniu maratonu. W czerwcu wróciłem do jazdy, ale głównie były to dojazdy do i z pracy. Pod koniec czerwca miałem najmniej przejechanych kilometrów od momentu jak zacząłem jeździć. Marcin miał o ponad 1500 km więcej ode mnie. Nie napawało to optymizmem.

Start:

5 lipca o 17.00 wyjeżdżamy samochodem do Wisły, a zawozi nas tam żona Marcina. Z Przełęczy Kubalonka już na rowerach jedziemy do schroniska Przysłop pod Baranią Górą.

Meldujemy się, pobieramy pakiety startowe, w tym trackery, za pomocą których można nas śledzić on line, jemy kolacje w postaci spagetti i raczymy się najlepszym na świecie izotonikiem 🙂 . Po kolacji jest odprawa techniczna i wspólne rozmowy z nowo poznanymi ludźmi. Około 23 idziemy spać.

Pobudka 6.15, schodzimy na śniadanie i przygotowujemy nasze rumaki do trasy. Ostatnie poprawki, sprawdzanie sprzętu, mocowania sakw i udajemy się na start. Bagażu trochę mieliśmy bo jesteśmy spakowani full version czyli dwie sakwy boczne na tylne koło oraz karimata i mały namiocik. Przygotowani jesteśmy na każdą ewentualność, bo nie wiemy co nas czeka.

Rozbieżność wśród uczestników w doborze rowerów, szerokości opon i bagażu jest ogromna. Od wycieniowanych carbonowych graveli z małą torebka podsiodłową do fulli na maksa obładowanymi sakwami (dwie z przodu i dwie z tylu). My jesteśmy po środku.

O 8.00 na komendę Pana Leszka Pachulskiego – organizatora ruszamy w dół Wisełki, ale juz po paru kilometrach mamy ostry podjazd pod Stecówkę, który rozciąga peleton. Pierwsze 50 km mija w dobrym spokojnym tempie przeważnie na rozmowach. Pierwsze „schody” i nie ostatnie zaczynają się na wale jeziora goczałkowickiego. Trawa po pas, czasami większa i ścieżka zaznaczona tylko przez osoby jadące przed nami. Tak jest raz lepiej raz gorzej do Oświęcimia. Po drodze mamy pierwszą awarię: Marcinowi pęka pod wpływem wstrząsów mocowanie bagażnika. Z ta awarią radzimy sobie całkiem nieźle i jedziemy dalej. Za Oświęcimiem wjeżdżamy na rowerową autostradę – wyasfaltowany wał Wisły. Ale i tutaj nie obyło się bez niespodzianek. Goni nas solidna burza, przed która uciekamy jeszcze 20 km i chronimy się w żwirowni. Po burzy, ale w deszczu ruszamy i w miejscowości Wołowice pytam Panią zamykającą sklep o noclegi w okolicy. Pani odpowiada że ma trzy łóżka i pokój do wynajęcia. Także jesteśmy na noclegu przed godziną 20 po 170 km i to nie jest dobry wynik. Przeglądamy pozycje rywali i okazuje się że wszyscy jadą tylko my stoimy – morale spada…

Dzień drugi.

Wypoczęci zrywamy się z łóżek, szybkie zakupy, śniadanie i w drogę. Jest asfalt (1,5 km) i wjeżdżamy na zarośnięty wał i tak wlokąc się docieramy w rejon Opactwa Benedyktynów w Tyńcu. Dalej zaczyna się asfalt, którym przejeżdżamy przez Kraków, zatrzymując się na chwilę przy Wawelu. W okolicy mostu Wandy za Krakowem to znów zarośnięty i bardzo nierówny wał Wisły. W międzyczasie dołącza do nas Bartek i Mariusz. Nam odpowiadało ich tempo, a im nasze, rozmowy się kleiły więc tak zostaną już z nami aż do Gdańska. Za Niepołomicami mamy asfalt lub utwardzony szuter przygotowany pod asfalt więc gnamy ile sił, żeby nadrobić wczorajszy stracony dystans. Na szpicę wychodzę ja korzystając z lemondki, a prędkość rzadko spada poniżej 30 km/h. Od chłopaków często słyszę żeby trochę wolniej bo się zajedziemy. Zakładaliśmy z Marcinem, żeby jechać cały czas „w tlenie” czyli tętno na poziomie 140 – 150 i tego bardzo pilnujemy. O 15 jesteśmy w Szczucinie – jemy obiad i szukamy noclegów. Pada hasło – „ciągniemy do Sandomierza” i tam udaje nam się znaleźć nocleg w zajeździe – dzięki wcześniej przygotowanemu spisowi potencjalnych noclegów. Etap kończymy jadąc asfaltami, piachami i zarośniętymi wałami o 21.00 i jesteśmy bardzo zadowoleni. Przejechane 230 km pozwoliło nam nadrobić stratę i optymistycznym akcentem w barze kończymy dzień.

Dzień trzeci

Przed Sandomierzem szaleje burza. Szybki popas na stacji i w drogę. Od razu na głęboką wodę. Organizator zadbał o to aby nie było monotonnie. Przed nami jedno z poważniejszych utrudnień – Góry Pieprzowe (ale jak w środkowej Polsce) – dokładnie. Wdrapujemy się bo wjechać się nie da. Zaczynają lecieć pierwsze niecenzuralne słowa w kierunku organizatora i będzie ich coraz więcej. Widok z góry studzi trochę emocje, a wizja jazdy w deszczu każe nam jechać. Dzień ten na wyścigu kolarskim miałby miano etapu górskiego. Kilkakrotnie wdrapujemy się pod strome podjazdy, żeby potem zjeżdżać aż do brzegów rzeki. Coraz więcej jest odcinków piaszczystych, szczególnie pod Kazimierzem Dolnym. Panuje straszny upał. Połączony z wilgotnością sprawia, że jedzie się ciężko, choć kilkakrotnie chcieliśmy załapać się w „pociągi” jadących szybciej. Udało nam się, ale nasz „pociąg” się rozrywał, a że powiedzieliśmy że jedziemy razem (w piątkę) – robimy nasze. W Puławach jemy obiad i szukamy noclegu. Znajdujemy w leśniczówce w Podłężu do której mamy jeszcze ponad 70 km a jest po 17. Wiemy że trzeba trochę przycisnąć i że będziemy późno, bo nie znamy terenu, a że łatwo nie jest już zdążyliśmy się przyzwyczaić. 70 km asfaltem czy utwardzoną drogą to około 2,5- 3 godziny drogi. Na miejscu jesteśmy po 22 jadąc chyba z 30 km po płytach betonowych i płytach ażurowych z każdym możliwym wzorem otworów występujących na świecie. Jesteśmy rozklekotani ze 188 km na liczniku.

Dzień czwarty.

Wyjeżdżamy sprawnie docierając do miejsca w którym skończyliśmy. Regulamin mówi, że można zjeżdżać z trasy (np. na nocleg) pod warunkiem powrotu na trasę w tym samym miejscu. W naszym wypadku +10km w obie strony.

Jest to dla nas sądny dzień i zarazem pechowy dla mnie.

Zapowiada się nieźle. Jest droga wojewódzka 801, jedziemy szybko, ale tylko 10 km. Później nasz ślad skręca bliżej brzegu i jedziemy cały czas wzdłuż brzegu aż do Warszawy. na porządku dziennym jest pchanie przez nieprzejezdne odcinki piaszczyste, wciąganie roweru pod kilkumetrowe skarpy, przenoszenie roweru przez powalone drzewa. Jeszcze ta wiadomość z motorówki patrolu policji „Uwaga PYTON na wolności”. Marcin ma kolejną awarię bagażnika tyle że z drugiej strony. Z trudem docieramy do Warszawy przenosząc rowery przez bariery energochłonne znosząc i wnosząc po schodach. Wjeżdżamy na most Łazienkowski, robimy foty i wracając wjeżdża we mnie rowerzysta twierdząc że zajechałem mu drogę. Upadamy na ścieżkę. Ja i mój rower bez szwnaku, jednak rowerzysta z drobnym szkodami na rowerze. Chce zadośćuczynienia lub wzywa policję. Koledzy wspierają mnie (JESZCZE RAZ WIELKIE DZIĘKUJĘ) i solidarnie pokrywamy szkody wyrządzone przeze mnie. Po tym udajemy się na obiad – ja całkowicie wybity z rytmu. Szukamy noclegu i znajdujemy w motelu w Smoszewie oddalonym o 50 km. Nie wiem jak tam dojedziemy. Po obfitym objedzie ruszamy dosyć żwawo – najpierw do Nowego Dworu Mazowieckiego, potem przejeżdżając obok Twierdzy Modlin i trasa znów prowadzi nas ścieżkami wśród tataraków, pokrzyw i innych roślin z rodziny „buszowatych”. Zauważamy że po przejechaniu 600 km przestają „parzyć” pokrzywy, nie przeszkadzają nam komary i inne owady. Na tym etapie nie jest nas już nic w stanie zaskoczyć. Myliliśmy się. Nieopodal Smoszewa spotykamy ludzi, którym nie jest obojętny nasz los. Pewna rodzina siedzi przy komputerze i jak się zbliżają kropki wychodzą naprzeciw rowerzystom i częstują do woli wodą z cytrusami, wodą do umycia się i drobnym serwisem. Jest to dozwolone regulaminem, bo pomoc jest skierowana do wszystkich. Wielkie Dzięki. Tutaj spotykamy przesympatyczną trójcę „zielonych Giantów” – Barbara, Przemek i Stanisław, z którymi gdzieś od samego początku rywalizowaliśmy. Jak przyjeżdżaliśmy na jakiś postój to zawsze wypatrywaliśmy czy wypytywaliśmy czy „zielone Gianty” juz tu były :-). Od tego momentu do mety jest już nas ośmiu.

Docieramy na nocleg umordowani tylko 144 km. Masakra.

Dzień piaty

Wiemy już że nie nadrobimy straconych kilometrów i wizja że dotrzemy do Gdańska w szóstym dniu oddala się coraz bardziej. Pojawiają się różne głosy: „Jedziemy do końca choćby nocą…”, „Musimy skończyć w środę….”, ale czas pokaże co przed nami.

ten odcinek szczególnie między Włocławkiem a Toruniem to jazda przez las i pchanie rowerów przez kilometry piachów, a czas ucieka. Nie mogę przytoczyć wszystkich słów rzuconych na organizatora, ale teraz lecą już groźby pod jego adresem. Szczytem desperacji było stwierdzenie: „Ja już nie jadę do Gdańska po medal, ale po to aby mu wpie…..” Trasa ciągnie się w nieskończoność, a my co wyjeżdżamy na kawałek asfaltu planujemy, że za 30 km jest miasteczko i za max 1,5 godziny zjemy obiad. Po 2 km wjeżdżamy do lasu, do piachu, do krzaków i Bóg wie jeszcze czego i obiad jemy po 21. Cały czas w głowie kotłują się myśli jak rozegrać końcówkę. Tutaj uświadamiamy sobie, że jesteśmy przez wiele osób obserwowani dzięki trackerom, które mamy w sakwach. Wydaje nam się, wręcz jesteśmy przekonani, że wszyscy nas widzą, jesteśmy jak w Big Brotherze i wszędzie są kamery. Czujemy się jak aktorzy w filmie „Igrzyska Śmierci” i gdy idzie nam łatwo (czytaj dobra nawierzchnia), to rzucają nam jakieś utrudnienia typu za 500 m skręć w prawo do lasu, a tam piasku po osie. Pytając najczęściej w sklepach o dalszą drogę do danej miejscowości tamtędy przez las ludzie odpowiadali: „tamtędy nie jedźcie…, tam się nie da jechać rowerem…, tam jest piasek…. Na naszą odpowiedź że my inaczej nie możemy, my tam musimy jechać kiwali głowami z niedowierzaniem.

Na nocleg lądujemy w Toruniu po przyzwoitym wyniku 190 km w bardzo trudnym terenie.

Dzień 6

Przejeżdżamy przez Starówkę i wyjeżdżamy z Torunia. Wiemy że dzisiaj czekają nas przynajmniej dwa bardzo trudne odcinki, o których słyszeliśmy od samego organizatora. Jeden za Świeciem, a drugi przed Gniewem. Na tym odcinku mieszają się różne rodzaje nawierzchni łącznie z niestabilnymi mostkami, wnoszeniem rowerów pod strome schody,  strome podjazdy np. w Rezerwacie przyrody Góry Św. Wawrzyńca, czy karkołomne zjazdy w wąwozach przy rzece. Uświadamiam sobie, że gdybym jeździł gdzieś po moich okolicach w lesie nigdy nie zjechałbym rowerem (bez sakw) z takich skarp i stromizm z jakich zjeżdżałem tutaj. Postrzeganie rzeczywistości zostało delikatnie spłaszczone. Jedzie się dobrze, chcemy dotrzeć do mety dzisiaj, ale dystans który nas dzieli oraz nawierzchnie, które nie będą do końca asfaltami sprawią że na metę dotarlibyśmy i tak nad ranem w czwartek. Wjeżdżając na drogi asfaltowe od razu formujemy piękne pociągi znane ze światowych tourów, pod przewodnictwem Barbary, która zaraża wszystkich pozytywną energią, wszystkich mobilizuje do aktywnej jazdy i dysponuje niewyczerpanymi pokładami siły. Gdy mi opowiedziała, że na rowerze trenuje od roku to był cios poniżej pasa.

Dojeżdżamy do miejscowości Nowe i tutaj rozstajemy się z Bartkiem, który musi wrócić do domu z powodów osobistych i w piątek wróci na trasę żeby dokończyć maraton. Dołącza do nas Darek, z którym nie rozstajemy się do mety. My natomiast jedziemy do Gniewu, gdzie mamy nocleg na zamku, a do celu pozostanie nam mniej niż 100 km. Za Nowym mamy odcinek specjalny Rezerwat przyrody Małe Wiosło, z podjazdami, ale też z wieżą widokową na Wisłę.

Etap kończymy po przejechaniu 160 km.

Dzień 7

Rankiem wyjeżdżamy z zamku i teraz mamy na myśli – tylko jak najszybciej do mety. Powody są dwa: goni nas deszcz i zawodnicy za nami. Sprawnie asfaltami docieramy do Tczewa (na szpicy Basia), a za Tczewem zjeżdżamy do brzegów rzeki i jedziemy po bardzo nierównej ścieżce wyjeżdżonej przez okolicznych wędkarzy. Odcinek ten ma ponad 30 km i dłuży się niemiłosiernie. W końcu docieramy już w deszczu do miejsca, gdzie rowerem dalej już się nie da dojechać – ujścia Wisły. Wszyscy szczęśliwi, gratulujemy sobie, robimy foty, ale zaraz uciekamy, bo przed nami jeszcze dojazd do Gdańska, a za nami rywale. Chociaż całego maratonu nie traktowaliśmy jako wyścigu nuty rywalizacji nie udałe się uniknąć. Do Gdańska docieramy dobrym tempem i jesteśmy na mecie. Wjechaliśmy wszyscy równo jak drużyna SKY na polach elizejskich tylko bez szampanów, ale witani owacjami m. in. przez organizatora. Po 150 godzinach i 24 minutach stajemy uśmiechnięci na mecie najtrudniejszego maratonu w jakim miałem przyjemność brać udział. Pomimo naszych złości organizatorowi nie stała się żadna krzywda, a w podzięce uścisnęliśmy sobie dłonie zapowiadając, że na tej imprezie nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Radości nie było końca, fotki pod napisem GDAŃSK, obiad i najlepszy na świecie izotonik. Załatwiamy z Marcinem pociąg, żegnamy się z ekipą i jeszcze tej samej nocy wracamy do domu.

Podsumowanie:

Po raz pierwszy mogę powiedzieć sobie, że jestem z siebie dumny i z całej ekipy, z którą miałem przyjemność jechać. Czy zrobiłem wszystko, czy można było lepiej. Na pewno tak skoro 77 osób byłe przede mną, ale wg mnie było optymalnie. Na pytanie Marcina: „Krzysztof gdzie byś był gdybyśmy nie wołali wolniej?? – odpowiedziałem bez wahania: „może za wami!!!. Wiesz że nie potrafię jeździć sam i jak jadę sam zawsze jadę na maxa i czasami po 100 km  jestem odcięty…”. Dlatego dzięki temu że jechaliśmy razem dojechaliśmy do mety w dobrym dla nas czasie.

To nie był maraton dla słabych. Każdy kto go przejechał potwierdzi te słowa. To był doskonały sprawdzian charakterów, ponieważ do długich dystansów na rowerze nie wystarczy tylko siła mięśni, ale przede wszystkim „mocna głowa”. To był maraton jedyny w swoim rodzaju i myślę że w całej Europie nie ma sobie równych (nie mówię o długości). Trasa, na którą nieraz psioczyliśmy, była trasą obrazującą dokładnie ten maraton i tą rzekę (dziką) i nie zmienił bym tej trasy. Gdyby to była trasa poprowadzona tak jak Oder Neisse Radweg (600 km asfaltu wzdłuż Odry i Nysy Łużyckiej) to nie był by ten maraton. To miał być i był BIKEMAGEDDON. To były najlepiej spędzone 7 dni na rowerze. To było męczące, a zarazem fascynujące. To na pewno nie był SPIER….NY URLOP!!.

 

Dziękuję wszystkim i do zobaczenia za rok

 Krzychu

gallery wordpress plugin

List   

Information
Click following button or element on the map to see information about it.
Lf Hiker | E.Pointal contributor

Wisła 1200   

Profile

50 100 150 200 5 10 15 Distance (km) Elevation (m)
No data elevation
Name: No data
Distance: No data
Minimum elevation: No data
Maximum elevation: No data
Elevation gain: No data
Elevation loss: No data
Duration: No data

Description

Add here your formated description
Share