Już niecałe siedem miesięcy zostało nam do kolejnej wyprawy rowerowej. Będzie to podróż z Białegostoku do Przemyśla, albo z Przemyśla do Białegostoku – zależy to tylko i wyłącznie od dostępnych połączeń kolejowych.

Czeka nas osiem dni rowerowej rajzy przez magiczny Wschód – tygiel różnych kultur, rezerwuar dzikiej przyrody i zapierających dech krajobrazów.

Niektórzy bikerzy całymi miesiącami obmyślają przebieg trasy, szczegółowo planują listę miejsc, które trzeba zobaczyć, co do minuty ustalają program każdego dnia rowerowej trasy, narzucają sobie wyśrubowane limity przebytych kilometrów, aby tylko zaimponować znajomym.

Zastanawiam się, po co to wszystko? Czyż nie lepiej zaplanować tylko kilka atrakcji wartych zobaczenia, a reszcie dać się zaskoczyć? Czy zawsze muszą to być atrakcje “naj”? Czy one rzeczywiście są “naj”?

Otóż, nie! Można przecież inaczej!

Jazda rowerem pozwala na odprężenie, relaksuje. Jadąc rowerem czujemy wolność i bliskość natury. Jadąc nieśpiesznym tempem możemy dostrzec przydrożne kapliczki, stare drzewa, bezkresne pola i łąki, rzeki, rzeczki i jeziora, tajemnicze zaułki miast, miasteczek i wsi.

Jak fajnie jest zatrzymać się gdziekolwiek się zechce, usiąść na ławeczce przed lokalnym sklepem i napić się zimnego piwa, pogadać z mieszkańcami, zjeść jabłko prosto z drzewa albo zatrzymać się tylko po to aby zachwycać się pięknem napotkanego krajobrazu.

Rowerową podróż trzeba poczuć, posmakować, powąchać, doświadczyć, bo jakość ważniejsza jest niż ilość (kilometrów). W książce “O wolnym podróżowaniu” Dan Kieran napisał – “W życiu jak w podróży, nie chodzi o przebyty dystans – liczy się głębokość przeżycia.”

Rywalizacja, rekordy, ciągłe podnoszenie sobie poprzeczki – to też jest sposób na rowerowe rajzowanie, ale ja coraz częściej wybieram beztroskie jeżdżenie do wyznaczonych sobie miejsc, które mnie zachwycą. I bez znaczenia jest ile kilometrów przejadę, bo jazda z upierdliwą myślą – ile zrobiłem kilometrów – zabija we mnie radość jazdy na rowerze.

A zatem ruszajmy!

Share