ODER-NEISSE RADWEG 2016 i jeszcze dalej.

Wyprawa, która chodziła mi po głowie od paru lat miała wypalić w maju 2015 r., ale z przyczyn niezależnych nie doszła do skutku i została odwołana.

Kolejną próbę postanowiłem zrealizować w 2016 roku, a co do daty to padł wybór na weekend majowy ponieważ wtedy jest największa szansa na urlop.  Padła z mojej strony deklaracja, że JADĘ, a że w grupie siła i raźniej ogłosiłem że taka wyprawa zaczyna się krystalizować. Początkowo było nas sześciu chętnych, ale ostatecznie pojechało nas czterech: Waldek, Holdek, Wojtek i Ja. Zanim ruszyliśmy odbyło się kilka spotkań roboczych w celu omówienia trasy, sprzętu, przejazdu i przygotowania.

W końcu nastała data: 28 kwietnia 2016 roku, godzina 16.00 spakowani, z rowerami na przyczepce samochodowej zwarci i gotowi , z uśmiechami na twarzy i pozytywnym nastawieniem, po pożegnaniu naszych rodzin ruszamy z Radzionkowa do Jakuszyc. Kierowcą został mój brat Wojtek – dzięki.

Nasze miny trochę zrzedły jak po przyjeździe do Jakuszyc rozpętała się zima na dobre. W nocy spadło 5 cm śniegu, temperatura spadła poniżej zera.  Jak tu jechać……..

Pierwszy dzień 29.04 piątek:  nie wierzę – jedziemy !!!  – Jakuszyce – Zgorzelec 125 km

Zaczyna się od spojrzenia przez okno – a tam zima i mróz – 5 stopni.  Szykujemy najpierw śniadanie i pomimo warunków nikt nie przewiduje że jest jakaś inna opcja niż jazda rowerem na HEL!!!!

Przy śniadaniu miłe zaskoczenie: 29 kwiecień to dzień moich urodzin i chłopaki odśpiewują mi sto lat – DZIĘKI 

GODZINA 8.00, po pożegnaniu Wojtka (kierowcy) oraz obowiązkowych fotkach – ruszamy – lekko pod górkę by zaraz zjeżdżać do Harachova z górki. Właściciel leśniczówki ostrzegał, że polskie służby drogowe dbają o odśnieżanie, ale Czesi nie bardzo. Finał jest taki, że do Harachowa droga jest oblodzona i jedziemy w koleinach, co biorąc pod uwagę sakwy rowerowe i cienkie opony nie należy do łatwych i przyjemnych.

Po 27 km docieramy do Źródeł Nysy Łużyckiej. Źródło jest oznaczone wielkim głazem z wmurowaną tablica pamiątkową.  Czas na fotki, posiłek, zrzucenie jednej warstwy ubrań, bo na dole jest już ciepło i po chwili ruszamy.

Trasa w Czechach bardzo dobrze oznakowana, nie mamy problemu z nawigacją. Jesteśmy trochę zaskoczeni tym, że powinniśmy jechać z górki (bo woda płynie z górki) a my pokonujemy coraz większe wzniesienia, które dochodzą miejscami do 20 %.  Tempo jazdy mamy spokojne, każdy z nas ma w świadomości, że nie można szarżować bo przed nami jeszcze ponad 1000 km.

Pierwszym ważnym punktem na trasie jest TRÓJSTYK GRANIC POLSKI CZECH I NIEMIEC, gdzie na chwilkę się zatrzymujemy. Tradycyjne foto, uzupełnienie płynów, kalorii i jedziemy dalej.

Podsumowując odcinek czeski:  bardzo pozytywnie, dobre oznakowanie, drogi asfaltowe, wolne od dużego ruchu samochodowego, jednakże duże różnice wzniesień, męczące podjazdy, ale i szybkie zjazdy.

Od momentu wjazdu na teren Niemiec jedziemy już wyznaczonymi tylko dla ruchu rowerowego drogami rowerowymi, już wzdłuż rzeki, której na terenie Czech mało widzieliśmy.

Kolejnym atrakcyjnym punktem na trasie jest klasztor w Marienthal   http://www.kloster-marienthal.de/seiten/start

Trasa do Zgorzelca biegnie wśród lasów płaską, asfaltową drogą wzdłuż rzeki. Skręcamy na punkt widokowy kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów, jezioro Berzdorfer, które jest zrekultywowaną kopalnią węgla brunatnego.

Na kwaterę Dom Turysty PTTK docieramy około 18.30 (wg planu trochę za późno, ale trasa była wymagająca więc specjalnie się tym nie martwimy), odbieramy klucze, rozpakowujemy się i idziemy coś zjeść na miasto. Jeszcze tylko zakupy na kolejny dzień jazdy i idziemy spać.

Drugi dzień 30.04 sobota: Zgorzelec – Gubin – 146 km

zapowiada się słoneczny i naszą podróż zaczynamy od zwiedzania Gorlitz, bo w polskim Zgorzelcu nie wiele jest do oglądania.

Ciekawymi miejscami po drodze są: Park rozrywki (http://www.kulturinsel.com/) oraz nieczynne lotnisko wojskowe wraz z muzeum lotnictwa w http://www.flugplatz-rothenburg-goerlitz.de, na którym właśnie odbywają się wyścigi podrasowanych Trabantów i Wartburgów. Chwilę oglądamy te cacka, stojące za płotem samoloty i w drogę. Jeszcze wiele do zobaczenia przed nami.

Trasa biegnie wałami wśród pół, łąk i lasów wzdłuż Nysy, co chwilę zjeżdżając bliżej jej koryta co sprawia, że trasa jest urozmaicona zjazdami i stromymi podjazdami.

Co chwilę mijamy pojedynczych turystów, ale ruch rowerowy jest znikomy. Przy trasie zlokalizowanych jest dużo wiat do odpoczynku oraz różnych knajpek, gdzie możemy uzupełnić elektrolity.

Koledzy są mocno zdziwieni, gdy co most ja przejeżdżam na polską stronę w celu zaliczenia gminy po polskiej stronie (jeden z moich celów: http://zaliczgmine.pl/users/view/1521 ).

Po drodze jeszcze jedna atrakcja Park Bad Muskau, gdzie robimy przerwę na fotki i posiłki

Do Gubina docieramy wieczorem – udajemy się na nocleg, ciepłą kolację do pobliskiej restauracji, tradycyjne zakupy i spać. Kolejny dzień będzie długi.

Trzeci dzień 01.05 niedziela: Gubin – piasek  – 186 km

Tradycyjnie rozpoczynamy od fotek ruinach Fary w Gubinie i ruszamy na północ, bo wiemy że ten etap jest długi i ma wynieść wg wszelkich źródeł ok. 165 km. Po trzech dniach analizując wskazania odległości na mapie, na drogowskazach i na nawigacji stwierdzamy, że nic się nie zgadza a każdy etap okazuje się dłuższy od planowanego o około 10%. Efektem tego jest fakt, że zamiast 165 km robimy 186 km!!! Co zupełnie wytrąca nas z zakładanego planu.

Jedyną ważną atrakcja, które przygotował Waldek,  w tym dniu jest klasztor Nauzelle, który nie robi z daleka większego wrażenia, ale po wejściu do środka zapiera dech w piersiach. Waldek dzięki że tu przyjechaliśmy.  W wielu kościołach już byłem, ale takiego wnętrza jeszcze nie widziałem. Po zwiedzeniu nie tracąc czasu udajemy się Eisenhuttenstadt. Od tego dnia zmienia się nasz krajobraz ponieważ Nysa wpada do Odry i od tej pory jedziemy już wzdłuż znacznie szerszej i bardziej okazałej Odry.

Do Frankfurtu wszystko jest ok., tempo jest dobre. Wjeżdżamy na wyspę, która wg tłumacza Google nazywa się Kozią Wyspą, w ogródku piwnym robimy przerwę na posiłek. Stoi tam rzeźba nagiej kobiety, przy której oczywiście musimy mieć foto, a przynajmniej ja. Przejeżdżamy przez miasto, bo na deptaku przy rzece właśnie odbywa się jakiś festyn.  Chłopaki stwierdzają że do Kostrzyna pojadą lokalną drogą, a ja chcę jechać szlakiem Nysa Odra, więc się dzielimy i jedziemy osobno. Do Kostrzyna nad Odrą (ustalony punkt naszego spotkania). W tym czasie zaliczam swoje gminy i po spotkaniu idziemy na obiad. Po obiedzie czas na odpoczynek,  a przed nami jeszcze około 70 km drogi. Podejmujemy decyzję, że tym tempem przyjedziemy późno, nie wiemy gdzie i kto na nas czeka na noclegu i wypadałoby tam być wcześniej. Ja  mogę pojechać sam. Tak też robię i ostatnie 70 km pokonuję sam pod wiatr, który w tym dniu trochę męczy, leżąc na lemondce, do leśniczówki docieram po 20, po drodze pstrykając kilka fotek w ciekawszych miejscach nad Odrą oraz w Cedyni przy pomniku Bitwy z roku 972 pod Cedynią. W tym miejscu jesteśmy też w punkcie najdalej wysuniętym na zachód w Polsce.

Ogarniam się w pokoju, robię kolację i czekam. Zamieniam kilka zdań z sympatycznym Panem z Kołobrzegu, który mówi mi że jest wykończony. Z ciekawości pytam – Czym?? (mając w myślach, że też może na rowerze), a on odpowiada, że od 6 rano siedzi na rybach. Szczekanie psa, podbiegam do okna i widzę światła. Zbiegam na podwórko, chowamy rowery, szybka kąpiel, kolacja, zaplanowanie następnego dnia i spać.

Czwarty dzień  02.05 – Piasek – Bellin – 120 km

Umówiliśmy się że ruszymy później –  o 9.00, ale wszyscy wstali wcześnie i proponuję, żeby wyjechać jak najwcześniej. Ruszamy o 8.00 tym razem kawałek przez Polskę aż do Krajnika Dolnego. Krajobraz przypomina Beskidy w okolicach Kubalonki. Jest z górki pod górkę i tak przez 15 km. Docieramy do Schwedt i od tego momentu znowu podziwiamy niemieckie krajobrazy, wiatraki, tylko wg. Zapewnień kolegi Janka nigdzie nie ma kukurydzy, a morze coraz bliżej. J

Odra stała się bardzo szeroka, mostów jest coraz mniej, ale coraz więcej małych stateczków. Są to tereny siedliskowe różnych gatunków ptaków, których są tutaj tysiące. W miejscowości Gartz z inicjatywy Wojtka podejmujemy decyzję. Dzielimy się na dwa zespoły: Ja i Wojtek, którzy pojadą szybciej oraz Holdek i Waldek, którzy swoim, ustalonym tempem pojadą za nami. Jest to ważne, ponieważ ten nocleg wypada na polu kampingowym w Niemczech i jeżeli coś się wydarzy i dojedziemy za późno możemy tam nikogo nie zastać i będziemy beż noclegu. Trasa z Wojtkiem przebiega spokojnie, ale droga (nawierzchnia) zmienia się z asfaltowej na szutrową, kamienistą, brukową oraz leśną. Wojtek jest w swoim żywiole. W miejscowości Rieth ukazuje nam się Zalew Szczeciński i już czujemy się jak nad morzem. Jesteśmy już prawe szczęśliwi z zastanych widoków, ale to jeszcze nie morze. Robimy fotki z punktu widokowego i do Bellina miejsca noclegu docieramy o 17. Lądujemy w hotelu, ale po krótkiej wymianie zdań po  niemiecku w wykonaniu Wojtka dowiadujemy się że kamping jest 2 km dalej.

Meldujemy się, kąpiemy się na czas i na litry wody J (15 litrów kosztuje 0,50 euro), jemy kolację, sympatyczny Niemiec – nasz gospodarz sprzedaje nam nawet piwo, poznajemy sympatycznych młodych ludzi z kamperem ze Świnoujścia, wspólnie siedzimy i czekamy na Waldka i Holdka. Obaj spokojnie dojeżdżają do nas. Pokazuje im domek i przy piwku spędzamy wieczór. W tym momencie wręczam im medale, które obiecałem wykonać, za przejechaną trasę, ponieważ nasz główny cel właśnie został osiągnięty. Trasa rowerowa Nysa Odra kończy się w Ueckermunde i właśnie ją przejechaliśmy. J

Ostatnią tego wieczoru decyzja jest fakt, że odpuszczamy Peenemunde zostawiając to na inny termin. Nie chcemy pojechać tam i tylko zaliczyć ponieważ jest tam wiele do zobaczenia i następnego dnia spokojnie jedziemy do Świnoujścia.

Piąty dzień 03.05 – Bellin – Świnoujście – 87 km

Wstajemy bardzo wcześnie, ale nie z powodu, że wszyscy są wyspani, tylko budzi nas przenikliwe zimno w naszym kampingu. Kamping jest drewniany, który bardzo się wychłodził w nocy, dlatego rano była w nim temperatura dużo niższa od komfortowej. Zgodnie stwierdzamy, że nocleg w tym kampingu – choć w Niemczech – należał do najsłabszych w całej naszej wyprawie. Ruszamy spokojnie po śniadaniu, bo mamy świadomość, że dziś będzie light – cik. Jedynym ważnym punktem jest prywatna przeprawa promowa z miejscowości Kamp do Karina. Gdyby okazało się że ten prom będzie nieczynny to musielibyśmy dokłożyć około 40 km żeby przeprawić się mostem. Dlatego postanawiamy prężnie dojechać do przeprawy. Jedziemy spokojnie, zatrzymując się w sklepie na piwko (można pić przed sklepem – w Polsce karane), podziwiamy bagna zalewu szczecińskiego, tysiące ptaków, ich gniazda oraz wielki ryk ptactwa, który akurat jest miły dla ucha.

Dojeżdżamy do promu. Okazuje się że jest czynny tylko należy zadzwonić i Pan zjawia się po 15 minutach. W między czasie koledzy jedzą kiełbaski z grilla.

Pakujemy się na łódkę wyskakujemy z 9 euro i na druga stronę. Podczas krótkiego rejsu nasz kapitan otwiera magiczną skrzynię i częstuje nas małymi buteleczkami  jakiegoś trunku – bardzo miłe. Po dopłynięciu jedziemy do miejscowości Usedom i tam na rynku Holdek zapraszana nas na pyszny serniczek do kawiarni na rynku. Po tym ruszamy w stronę Świnoujścia. Tutaj popełniam małą gafę ponieważ odczytuje z mapy, że do Świnoujścia powinno być 12 km, a jak się okazało było 25 km i mnie to też zdezorientowało, bo jechałem sam w szczerych polach, już powinno być morze, a tu morza jak nie widać tak nie widać. Nie zauważyłem jak na ostatnich stronach zmieniała się skala mapy z 1:50000 na skalę 1:100000. Dojeżdżam do granicy i czekam na kolegów, rozmawiam z „tubylcem” na temat naszej wyprawy i historii Świnoujścia. Pierwszy dociera Wojtek, trzaskamy foty pod tablicą Świnoujście i czekamy. Po godzinie tel. od Holdka „gdzie my jesteśmy bo oni są na kwaterze”. Okazało się że wjechali do Polski innym przejściem i minęliśmy się.

Po zakwaterowaniu ja zrzucam tylko sakwy i jadę rowerem do portu, pod wiatrak i na promenadę porobić zdjęcia, przywitać się z morzem i zobaczyć port. Namawiałem chłopaków, ale nie mieli ochoty, a Waldek powiedział, że jutro pojedzie.

W tym dniu Waldek zakończył swoją przygodę, ponieważ od początku deklarował, że jedzie tylko do Świnoujścia i wraca pociągiem ze Szczecina, ponieważ ma ważną imprezę rodzinną. Waldek z tego miejsca jeszcze raz wielkie dzięki z wspólna wyprawę i oby nie była ostatnią J.

Po moim powrocie szybki prysznic i wychodzimy na miasto, do portu i jemy pyszną kolację.

Szósty dzień 04.05 –Świnoujście – Łazy – 160 km.  Bałtyk – jakby trochę inny     

Rano wstajemy o 5.10 i zabieramy się za śniadanie, pakowanie i obowiązkowa kawa. Dziś jedziemy już tylko w trójkę. Żegnamy Waldka. Spieszymy się bo musimy się przeprawić promem na drugą stronę miasta by ruszyć wzdłuż wybrzeża, a prom kursuje co pół godziny. Chcieliśmy wyjechać wcześnie ponieważ prognozy są takie że może padać i wieje nam w twarz. Okazało się że spadło kilka kropli deszczu, a wiatr był najmniej przeszkadzający ze wszystkich dni.

Zaraz za miastem zaliczamy stację BP, a Holdek stwierdza, że pojedzie sam swoim tempem a my z Wojtkiem go dogonimy. Po drodze ja mam wypisane kilka atrakcji do zobaczenia i sfocenia. Pierwszy postój w Wolińskim Parku Narodowym, na posiłek. Trasa również pnie się z górki pod górkę.  Jedziemy na molo do Międzyzdrojów, aleję gwiazd, krzyż (taki jak stoi na Giewoncie) w Pustkowiu i nie możemy dogonić Holdka – moc jest z nim . Doganiamy do w Trzęsaczu, gdzie czeka na nas pod ruinami kościoła. Dalej jedziemy już razem mijając Rewal, Niechorze, Pogorzelicę i lasami wzdłuż wybrzeża docieramy Mrzeżyna zatrzymując się na pysznego dorsza. Ruszamy w stronę Kołobrzegu zatrzymując się nad jeziorem Resko – miejscem katastrofy wodnopłatowców Luftwaffe (https://pl.wikipedia.org/wiki/Resko_Przymorskie). Dojeżdżamy do Kołobrzegu zwiedzamy port robimy fotki na falochronie. Jedziemy piękną ścieżką rowerową mijając bagna przy nieczynnym lotnisku wojskowym. Ścieżka w Tm miejscu biegnie drewnianymi kładkami nad rozlewiskami i niczym nie odbiega od dróg rowerowych w Niemczech – jedzie się przyjemnie i trasa szybko mija. Jest tyle do zobaczenia, że na wszystkie fotki zabrakłoby czasu. Ten odcinek należy chyba do najprzyjemniejszych podczas całej trasy. Docieramy do Mielna i robimy zakupy w Biedronce. Przy sklepie rozmawiam z gościem na skuterze, który pyta skąd jedziemy.  Jak się później okazało jest to właściciel kwatery gdzie będziemy mieszkać w Łazach. Po zakupach ja jadę szybko sam (11 km) na nocleg i załatwiam formalności po czym dojeżdża Holdek i Wojtek.

Jak się okazuje – już nie pierwszy raz  – miało być 140 km wyszło 160 km. Nie poddajemy się, humory nam dopisują, Wojtek wyskakuje jeszcze nad morze na zachód słońca.

Siódmy dzień 05.05 –Łazy – Wrzeście –  146 km

Ruszamy rankiem z kopyta i pierwszy postój robimy w Darłówku w porcie. Śniadanie, fotki, port, falochron – nasze standardy, ale ja mam jeszcze coś tutaj do załatwienia. W 1986 r. czyli dokładnie 30 lat temu byłem w Darłówku z rodziną na wczasach z zakładu pracy taty – TAGORU. Wiedziałem gdzie jest ten dom i chciałem przy nim zrobić sobie zdjęcie, co oczywiście mi się udało.

Za Darłówkiem piękne dotychczas ścieżki rowerowe się kończą i następnym naszym postojem jest Ustka. Tutaj oprócz fotek i zwiedzania zatrzymujemy się na obiad. 14,99 zł za zestaw brzmi zachęcająco. Zupa + drugie danie+ kompot. Porcje są tak duże że każdy z nas nie dojada bo nie jesteśmy w stanie. Tacy najedzeni jedziemy dalej.  Chcemy dotrzeć do drogi 213 i tą drogą dojechać na nocleg. Dojazd do tej drogi prowadzi polnymi i leśnymi nieutwardzonymi drogami. Mijamy obszary Natura 2000 Dolina Łupawy, siedliska bobrów oraz dzikiego ptactwa. Około 17.30 dojeżdżamy na nocleg załatwiony u znajomych Wojtka. Nocleg też w drewnianym domku, ale mamy grzejnik.  Jest przyjemnie.

 

 

Ósmy dzień – 06.05 – Wrzeście – Hel i Gdynia – Gdańsk – 160 km

Dzień zaczynamy od pysznego śniadania, które składa się z pysznych dorszy świeżo złapanych, przyrządzonych przez naszą gospodynię. Pogoda zapowiada się pięknie, ale nasze siodełka rowerowe są białe. W nocy był przymrozek. Ruszamy!!! FINAŁ!!! Nie wierzę.

Ciągniemy aż do Gniewna gdzie zatrzymujemy się przy górnym zbiorniku elektrowni szczytowo- pompowej Żarnowiec. Chcieliśmy zobaczyć „Kaszubskie oko” – wieża widokowa, ale jest czynna od 10.00 – nie możemy czekać. Dziś musimy jechać wg planu. O 15.00 mamy prom z Helu do Gdyni i musimy na niego zdążyć. Po posiłku jedziemy dalej wzdłuż jeziora Żarnowieckiego. Zaczynają się górki, ale przed Władysławowem wjeżdżamy na „Autostradę rowerową” , docieramy nią do miasta.

Robimy zakupy w Lidlu, posiłek na parkingu i z Władysławowa na Hel – ścieżką rowerową mijając Chałupy, Juratę, Jastarnię, Kuźnicę. W końcu jest: STOIMY POD TABLICĄ HEL!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!. Oczywiście zdjęcia i myśleliśmy że jesteśmy w mieście, a tu niespodzianka – Centrum 7 km J.  O 14.00 jesteśmy w porcie, kupujemy bilety i do wypłynięcia statku robimy fotki i cieszymy się z sukcesu. Wchodzimy na statek i płyniemy i nie trzeba pedałować. Była opcja że z helu do Gdyni popłyniemy rowerkiem wodnym – bo to wyprawa rowerowa. Zaraz po wypłynięciu Wojtek też odpływa, ale w błogi sen, a ja z Holdkiem delektuję się bryzą morską. Ja oczywiście w naszej koszulce Leśnej Rajzy, zaczepia minie pytaniem współpasażerka: „ Czy my jesteśmy z Tarnowskich Gór??” na co ja jej odpowiadam: „Tylko niech Pani nie mówi, że Pani jest z Radzionkowa” – odpowiada „NIE, ale z Puferek” J.

Dopływamy do Gdyni, zdjęcia: Dar Pomorza, ORP Błyskawica i ruszamy w stronę Gdańska. Pociąg mamy już z Gdyni, ale dysponujemy czasem i chcemy jeszcze zobaczyć Trójmiasto. Wyjazd z Gdyni – koszmar. Chcemy jechać MIĘDZYNARODOWYM SZLAKIEM ROWEROWYM R-10, a do Gdańska nie znajdujemy ani jednego znaku. Na tym odcinku spotykamy najwięcej rowerzystów, ścieżki ładne, a oznakowanie – żadne!!!. Zatrzymujemy się na molo w Orłowie, żeby zobaczyć klify, ja „wskakuję” do morza, żeby zamoczyć tylko nogi i nikt nie zarzucił że nie moczyliśmy się w morzu J,  jedziemy przez Sopot i ruszamy do Gdańska. Od razu na dworzec żeby zakupić bilety i mamy jeszcze trochę czasu – pędzimy na Stare Miasto, pomnik Neptuna, Żuraw, Sołdek i jedynym rozczarowaniem jest zamknięta o godzinie 19.00 Katedra Mariacka. Udajemy się do Biedronki na zakupy i na pociąg.

Pociąg przyjeżdża przed czasem, pakujemy rowery w wagonie przystosowanym do przewozu, rozsiadamy się i kolacja. Pociąg czysty wygodny i cichy pędzi do Częstochowy, a my w miarę możliwości układamy się na fotelach i śpimy. Punktualnie o 5.00 jesteśmy w Częstochowie, skąd zaplanowaliśmy ostatni etap 60 km do domów naszych, w których czekają na nas już rodziny. Wolnym tempem o 8.00 jesteśmy na Zielonej gdzie ostatecznie kończymy naszą wyprawę, dziękujemy sobie nawzajem i gratulujemy wyczynu. Stąd ruszamy już każdy z osobna i ja o 8.45 melduję się na podwórku. Witają mnie dzieci i żona, a ja jestem szczęśliwy, że to się jednak udało. UDAŁO SIĘ!!!!.

W tym miejscu należą się podziękowania dla naszych rodzin i bliskich, którzy nas wspierali. Serdeczne podziękowanie dla mojej żony Eweliny za wyrozumiałość i cierpliwość.

 

 

Podsumowanie:

Dystans – 1190 km

Wyprawa, która była planowana od ponad roku i doszła do skutku, a mało tego została zrealizowana i zakończona. Uważam, że udała się w 100 %. Przejechaliśmy ten dystans bez awarii (nie licząc poluzowanej śruby w moim siodełku i wybrzuszonej opony Holdka), bez szwanku i uszczerbku na zdrowiu. Wszyscy szczęśliwie dojechali do domów i miło wspominają to co przeżyliśmy. Tego co zobaczyliśmy nikt nam nie odbierze. Tego  nie da się zobaczyć z żadnego innego środka lokomocji. Ja osobiście zmieniłem swoje zdanie na temat polskiego wybrzeża i Bałtyku. Dotychczas będąc nad morzem tylko w sezonie urlopowym wybrzeże kojarzyło mi się z jednym wielkim jarmarkiem, wielkim hałasem dobiegającej muzyki disco polo lub podobnej z każdej budki, tłumem jak na marszałkowskiej i plażą, którą nie da się przejść. Teraz jest zupełnie inaczej. Nie ma tłumów (bo nie ma jeszcze sezonu), jest cisza i spokój, Bałtyk ma inny kolor niż w wakacje (błękit jak nad Adriatykiem), ale przede wszystkim można zaobserwować naprawdę dzikie wybrzeże pomiędzy nadmorskimi miejscowościami.

Pomimo, że niektórzy przestrzegali, że trasa będzie nudna, monotonna i długa mnie absolutnie przez ani minutę się nie nudziło. Pod koniec trasy jedynie stwierdziliśmy że widzieliśmy już tyle atrakcji, że powoli zapominamy, co było na początku, jak wyglądały źródła J.

Istotnym czynnikiem mającym wpływ na powodzenie wyprawy  jest pogoda. Ruszaliśmy w śniegu, ale wiedzieliśmy że to będzie chwilowe. Prognozy były dla nas fatalne, bo miało być zimne, miało wiać i lać. Na nasze szczęście się nie sprawdziły i pogoda w każdym dniu była wymarzona. Gdyby przez kilka dni mocno padało nie gwarantuję że mielibyśmy fotkę na Helu. Kolejnym ważnym czynnikiem jest sprzęt i jego awaryjność oraz odporność fizyczna i psychiczna uczestników.

Po przejechaniu około 800 km zgodnie stwierdziliśmy, że:

  1. Każdy z nas już wie gdzie co ma włożone do sakwy i nie trzeba już wszystkiego wypakowywać, żeby znaleźć skarpetki;
  2. Nie boli już w ogóle tylna część ciała na literę D. Chyba receptory bólu przesyłające impulsy do mózgu, że boli cię dupa przestały działać 

Każdy z etapów został zaplanowany perfekcyjnie pod względem trasy (pomocny okazał się View Ranger), bazy noclegowej oraz punktów zaopatrzenia, ale że życie bywa brutalne – zweryfikowało nam trochę te plany, ale ich nie zburzyło.  Jechaliśmy z optymizmem i mocno nakręceni na cel jaki każdy z nas sobie obrał. Każdy z nas zrealizował swój plan, a zarazem i marzenie.

Była to pierwsza moja tak długa wyprawa. Nabraliśmy masę doświadczeń na przyszłość, wiemy co poprawić, a na co zwrócić szczególną uwagę przy planowaniu kolejnych. Te osiem dni jazdy to naprawdę była czysta przyjemność i każdy dzień pokazywał nam nowe przygody. Gdybym dziś miał podjąć decyzję czy powtórzyłbym tą trasę – bez wahania odpowiedziałbym: z Waldkiem, Holdkiem i Wojtkiem – jadę!!! 

DZIĘKUJĘ WAM: WALDEK, HOLDEK I WOJTEK – razem i każdemu z osobna, za udział, wsparcie i zaangażowanie. Bez was ta wyprawa nie miała by prawa się udać. Jeżeli coś z mojej strony nie wyszło lub było nie tak jak powinno być jeszcze raz przepraszam.

Dziękujemy wszystkim naszym kibicom, za wsparcie, a szczególnie za ich SMS –y, lajki i komentarze, dzięki którym  jechało się znacznie lepiej.

MAM NADZIEJĘ ŻE NIE JECHALIŚMY PO RAZ OSTATNI. Już teraz zastanawiam się …CO DALEJ…, niekoniecznie dalej, ale GDZIE….?????

TROCHĘ STSTYSTYKI:

Dystans: 1190 km

Czas w siodełku: 66:05 godziny

Średnia prędkość jazdy: 18,0 km/h

Trzy kraje: Czechy, Niemcy, Polska

Cztery województwa :dolnośląskie, lubuskie, zachodniopomorskie, pomorskie;

Najwyższy punkt: 886 m npm

Najniższy punkt – poziom morza

Najdalej na zachód wysunięty punkt Polski :zakole Odry koło Cedynii

Zaliczone gminy: 52

Obroty koła: około 544623 obrotów

Obroty korby prze kadencji 80 obrotów na minutę około 316000 razy przy założeniu że cały czas pedałowaliśmy.  Tyle samo musiało zgiąć się kolano.

Przebyta długość łańcucha: około 150 km

Wypita ilość płynów: dużo

Wypita ilość piwa: niepoliczalne (ale za mało).

Średnia wieku uczestników: 46,7 lat

 

 KRZYCHU

Share