„Jestem szczęśliwy dzisiaj bardzo bo w dniu wczorajszym udało się zrealizować jeden z głównych celów tegorocznych moich rajzów na kole. Startowałem samotnie o godzinie 06:04 z miejscowości Prudnik (pierwotna nazwa Neustadt), z pięknie odremontowanego budynku dawnych koszar pruskich, pamiętających czasy panowania Bismarck’a. Ogromny kompleks takich podobnych budynków czeka na kolejne „zmiłowanie”, bo abo to ktoś wyremontuje albo się ze starości rozwali. Po trzech godzinach rajzy i górskich podjazdach i zjazdach, które to pochłaniały ze mnie ogromne ilości energii a te trzeba to było ciągle uzupełniać wielkimi ilościami wody, izotonika no i przede wszystkim 70% czarnej czekolady, zatrzymałem się na popas w przepięknej górskiej miejscowości Karlova Studánka. Upał narastał, a zapowiedzi na ten dzień mówiły o 32 ℃. Ale w miarę wznoszenia się tego upału jeszcze tak się nie czuło. Wlałem w siebie ogromne ilości płynu, które niestety musiałem mieć w plecaku a ciążyły okrutnie, zjadłem pół tabliczki jednej z dwóch czarnych czekolad (Wawel jest tu mistrzem). Z Karlova Studánka na szczyt Praděd jest „tylko” 10,5 km, ale nachylenie gwałtownie rośnie i osiąga 12-14%. Dystans ten pokonałem w 2 godziny przy maksymalnie zrzuconych wszystkich przerzutkach z przodu i z tyłu na najmniejsze. Prędkość nie przekraczała 5-6 km/h (patrz trzecie zdjęci na dole jest wykres porównujący szybkość ze wznoszeniem się). Lało się ze mnie strumieniami i gdyby nie wycieraczki automatyczne na okularach to bym jechał jak w największej ulewie. Ale czym wyżej tym robiło się coraz chłodniej i jechałem w lesie. Koło mnie czasami z góry „zjeżdżali” na rowerze ci, którzy już byli na szczycie. Ale to była jazda z szybkością na oko 80-100 km/h; to były śmigające rakiety koło mnie, a największe twardziele jeszcze pedałowali! Jak oni wyhamowali na tych zakrętach, to w tym czasie mojej walki z podjazdem jeszcze sobie nie potrafiłem wyobrazić! Po sześciu km wyjechałem na bulę pod Praděd, tzw. Ovčarnia, gdzie jest postój dla autobusów i samochodów. Stąd już tylko pieszo lub na kole po trzech km można wjechać na sam szczyt. Tyle, że teraz to był teren zupełnie odkryty i słońce dawało niemiłosiernie; szczęście, że to była już wysokość 1491 m.n.p.m., i było raczej rześko. Wjechałem na szczyt, mocno zmęczony, ale szczęśliwy. Widoków nie da się opisać bo to trzeba samemu zobaczyć. Krótki popas, futrowanie organizmu, nawodnienie i po 10 minutach jazda na dół. Z początku trza było mocno zważać na pieszych więc hamulce na szczęście tarczowe z ABS mocno były używane, ale za Ovčarnia w lesie, zrozumiałem co to znaczy mieć 70-80 na blacie i jakie to jest uczucie. Strach, takie uczucie przy zjeździe ciągle mi towarzyszyło, że hamulce tego nie wytrzymają! Ale udało się i bez pedałowania dojechałem aż do pięknej miejscowości Vbrno pod Praděd (jakieś 18 km), a tam znowu zaczęły się schody: 10 km podjazdu o nachyleniu około 10% aż prawie do miejscowości Hermanovice. A potem to już tylko 12% zjazd, gdzie znowu można się było adrenalinom szprycować kiedy licznik na blacie przekraczał 70 km/h i tak aż do miejscowości Zlaté Hory. Tu już tylko krótki odcinek i granica a potem przez Jarnołtówek, Pokrzywno do Prudnika.”

Na drugi rok jada zaś W. Musialik

Share